Święty spokój

Nie tak dawno temu doszedłem do smutnego wniosku na temat moich celów życiowych. Bo ja skrycie marzę o tym, aby móc się nie martwić zanadto o swoją i moich najbliższych przyszłość. Aby nie mieć zbyt wiele problemów, a jeśli już, to mieć środki aby je sprawnie zażegnywać. Mieć po prostu tak zwany święty spokój. Zapewne nie jest to zbyt oryginalne marzenie. Problem w tym, że uświadomiłem sobie, że "święty spokój" nie ma nic wspólnego ze świętością, a raczej wręcz przeciwnie, bo bliżej mu do siódmego grzechu głównego - lenistwa.

Pragnienie świętego spokoju w swej istocie jest pragnieniem bezruchu. A ten jest tym bardziej zgubny w dzisiejszych czasach kiedy nasze życie zmienia się w tak szaleńczym tempie. Mamy pod tym względem wielkiego pecha, jeszcze nigdy w historii ludzkości nie musieliśmy żyć w takim galopie. Ktoś mógłby powiedzieć, że to są problemy pierwszego świata, że narzekam na życie w chaosie informacyjnym i pogoni za bożkiem sukcesu, i pewnie będzie miał trochę racji. No bo człowiek pod większością względów, w przeważającej części świata, żyje teraz w złotej erze. Ma dostęp do wody, jedzenia, schronienia nad głową i technologii ułatwiających życie. A cała wiedza świata w zasobach internetowych wlewa nam się na życzenie, lub bez niego, prosto do naszych głów. Pytanie zasadnicze jest jednak takie, czy dla naszego dobrostanu psychofizycznego nie jest jednak lepiej, kiedy z umiarkowanym trudem musimy o te rzeczy trochę powalczyć? I kiedy nie karmimy naszych mózgów nową informacją co 10 sekund przeglądając kolejnego TikToka?

Pod tym względem zwiększająca się potrzeba spokoju jest tylko naturalną konsekwencją trybu życia w jakim funkcjonujemy, szczególnie w dużych miastach. “Been there, done that”, żyjąc w krakowskiej kamienicy w centrum, bez balkonu, parków, pracując w międzynarodowej korporacji i mając znajomych w podobnej sytuacji na prawdę pęd zabija. I na prawdę zaczynasz marzyć o sadzeniu marchwi ale nie dlatego, że masz to umiłowanie życia, tylko dlatego, że go zgubiłeś i masz nadzieję znaleźć gdzieś pomiędzy nacią a motyką. Bo masz nieodparte wrażenie, że ktoś Cię oscamował i najwięcej sensu to to wszystko ma dla Twojego CEO którego na oczy nie widziałeś, a nie dla Ciebie. Odbijasz się więc od biurka w tę grządkę, ale może tak nie od razu, bo przecież odpoczynek Ci się należy. No i o ile jest to absolutna prawda o tyle w większości przypadków jestem raczej zwolennikiem podchodzenia do swoich własnych zapędów z umiarkowanym zaufaniem. Bo my to raczej ewolucyjnie jesteśmy skonstruowani do minimalizowania strat energetycznych w naszych działaniach, a najmniej energii to się traci na kanapie. Na kanapie jest święty spokój.

Zaryzykuję więc stwierdzenie, że święty spokój może być tylko jedną z 3 rzeczy - porażką, iluzją bądź śmiercią. Porażką, kiedy nie chcemy bądź nie jesteśmy w stanie dać od siebie światu niczego, co nas może wystawić na dyskomfort. Iluzją, gdy wydaje nam się, że zrobiliśmy już wszystko, bądź, że świat niczego od nas nie potrzebuje. Śmiercią, bo jak mawiał mój świętej pamięci dziadek - “odpocznę w grobie”. Żadnej z tych trzech rzeczy zdrowy człowiek chcieć raczej nie powinien. Choć ostatnia opcja wydaje się prawdziwa, to jednak dążenie do niej intencjonalnie jest z pewnością najbardziej tragiczne. Wierzę, że każdy człowiek jest powołany do tego, aby dawać coś od siebie światu który go otacza.

Święty spokój oznacza w praktyce de facto odcięcie się od innych ludzi. Tylko inny człowiek może wprowadzić do Twojego życia niepokój i o ile mamy prawo się przed takim niepokojem bronić, o tyle musimy mieć na względzie, że ten niepokój idzie często w parze z wartością i z więziami, które są niezastąpione. Czy chciałbym czasami mieć dzień dla siebie, podczas którego wszyscy dadzą mi spokój i będę mógł robić co mi się żywnie podoba? Boże Święty i to jeszcze jak! Ale czy chciałbym aby całe moje życie tak wyglądało? Absolutnie nie, bo to by znaczyło, że nikt mnie nie potrzebuje. Że żyłem i żyję tak, że doprowadziło mnie to do punktu, w którym nikt nie potrzebuje ani mojej pomocy, ani rady, ani nawet mojej obecności w swoim życiu.

Oczywiście, nie mylmy świętego spokoju o którym piszę z ruchami typu “slow life”. Wręcz przeciwnie, to całkiem coś innego i zaryzykowałbym stwierdzenie, że jeśli myślisz, że potrzebujesz świętego spokoju, to właśnie nimi powinieneś się zainteresować, bo bardzo możliwe, że cierpisz na przebodźcowanie, nadmiar obowiązków i być może po prostu zwyczajnie boisz się być świadomie sam ze sobą w cichości serca.

Dobijając więc do brzegu - pozwólmy sobie na zdrowy, świadomy odpoczynek, ale zamiast “świętego spokoju”, marzmy i dążmy raczej do tego, aby ta nasza krwawica miała jak najwięcej sensu. Aby budowała rodziny, społeczności, rozwijała je i rozwiązywała ich problemy. Jestem przekonany, że zmęczenie które jest źródłem pragnienia świętego spokoju, jest po prostu wyrazem bezsensu i potrzeby znaczenia.